Sierpień

Z Zakopanego do Krakowa wzdłuż Dunajca i Wisły – 9-13.08.2019r.

Nasza pięciodniowa wyprawa Od Gubałówki w Zakopanym do Wawelu w Krakowie rozpoczęła się wczesnym rankiem w piątek, 9 sierpnia, kiedy to wyruszyliśmy na dworzec PKP na Bradzie.

Następnie pociągiem koło 6 rano do Katowic, skąd po przesiadce o 7.06 wyruszyliśmy do Zakopanego. W pociągu przy okazji poznaliśmy dwóch braci z Mikołowa i Tychów, którzy wybrali się w podobną podróż, tak więc meldując się w Zakopcu koło godziny 12.30, wspólnie udaliśmy się przez zatłoczone Krupówki na kolej na Gubałówkę.

Na Gubałówce zrobiliśmy sobie wspólne foto i ze względu na to że to na co my mieliśmy 5 dni, nasi kompani mieli tylko czas do niedzieli wieczór, po wymianie kontaktów rozstaliśmy się.

Po przeciśnięciu się przez tłumy tubylców, krążących po tym górskim odpuście, wreszcie wyruszyliśmy już pełną parą krótko przed godziną 14-tą.

Podobnie jak dnia poprzedniego Tour de Pologne, z lekką różnicą że my nie „pod”, a „z górki”, szybko dotarliśmy do Dzianisza (piękny kościół drewniany i figura J.P. II) i Chochołowa, gdzie włączyliśmy się w ścieżkę „Wokół Tatr” prowadzącą wzdłuż Czarnego Dunajca przez Ludźmierz (znane Sanktuarium) do Nowego Targu. W Nowym Targu po połączeniu się Czarnego i Białego Dunajca, już szlakiem „Velo Dunajec) ruszyliśmy przez Harklową i Łopusznę do mety pierwszego dnia, a więc miejscowości Knurów.

Cel na 65 kilometrze osiągnęliśmy koło 19-ej (potem jeszcze ze 3km za prowiantem). Warunki pola namiotowego z jednym (specjalnie dla nas) pomieszczonkiem z piętrowym łóżkiem, spartańskie, ale na jedną noc jak znalazł.

Dzień 2

Po średnio wyspanej nocy, wyruszyliśmy w dalszą podróż koło godziny 8.00. Pierwszy dzień był bardzo obfity we wrażenia, jednak szybko przekonaliśmy się że drugi etap będzie jeszcze ciekawszy. Zaraz za miejscowością Dębno podhalańskie, całkiem przypadkowo dostaliśmy się na niedokończony jeszcze odcinek Velo Dunajeca. Spodziewaliśmy się jednak że mijając główną drogę, przy samym brzegu Jeziora Czorsztyńskiego będzie łagodna trasa, a wyszło jak wyszło.

Kilka fotogenicznych ale i dość dających w kość wzniesień na linii Frydman – Niedzica (łącznie z odcinkami bez położonego jeszcze asfaltu, a także odcinkiem „czerwonego dywanu”). Z Niedzicy po sesji zdjęciowej, przybiciu pieczątek i zakupie souvenirów ruszyliśmy przez Sromowce (drewniany kościółek i schronisko „Trzy korony” plus kolejne stemple) do Czerwonego Klasztoru, a dalej już znanym szlakiem do Szczawnicy.

Tam pauza na obiad i przez Krościenko i Tylmanową (fatalnie oznaczony albo nieistniejący odcinek Velo D.) do miejscowości Łącko na nocleg. Dystans dnia 71km + 4km za zakupami.

Dzień 3

Start godzina 8.00. Zaraz za Łąckiem odnaleźliśmy szlak i przez Jazowsko do Gołkowic Górnych dotarliśmy bez ruch samochodów. Jedynie wzniesienia nawet 17% troszkę zmęczyły. We wspomnianych Gołkowicach musieliśmy jednak zboczyć ze szlaku, gdyż prowadził on w jakieś trudno przejezdne miejsce (nawet miejscowa gospodyni zwróciła nam uwagę, by o tym fakcie poinformować innych napotkanych użytkowników tego szlaku, a nawet zgłosić to gdzieś, ludziom odpowiedzialnym za tworzenie Velo Dunajec). Na szlak wróciliśmy dopiero za mostem prowadzącym z Podegrodzia do Starego Sącza. Z tego miejsca do miejscowości Wielogłowy za Nowym Sączem mieliśmy kilku, jeśli nie kilkunastu kilometrowy odcinek super ścieżki, z której zbaczając zwiedziliśmy jeszcze stare miasto Nowego Sącza, zaliczając przy okazji mszę świętą i obiad. Na pożegnanie z tym miastem sesja przy ruinach zamku i dalej do wspomnianych Wielogłów.

W tym miejscu niestety szlak się urywa, i nieprędko tam coś powstanie. Z racji planowanego noclegu w Rożnowie, i tego że była to mniej główna droga, od Dąbrowej wyruszyliśmy drogą nr 975, przez górzyste odcinki w kierunku Woli Kurowskiej i później z górki do Grodka nad Dunajcem i Rożnowa. Za ruinami zamku odbiliśmy na zaporę, gdzie mieliśmy wstępnie rezerwowany nocleg. I tutaj przykra niespodzianka – prowadzący „Noclegi nad Zaporą” wykpili się i nawet nie odbierali telefonu. Z racji że noc zbliżała się błyskawicznie i zostało maksimum 1,5 godziny do zmroku, postanowiliśmy odpuścić i szybko wyruszyć dalej, licząc że coś złapiemy po drodze. Na szczęści pod koniec miejscowości udało się. Noclegu udzieliła nam Pani, którą dla odmiany olali jacyś inni turyści i w ostatniej chwili zwolnił się pokój. Później jeszcze szybkie zakupy (sklep około 1km dalej) i finisz z łączną odległością 81 kilometrów, koło godziny 20.

Dzień 4

Ten etap rozpoczęliśmy już lekko po 7 rano, ponieważ miał on być najdłuższy, a po drodze jeszcze w planach było 3 zamki i spotkanie Stefana ze znajomym z Tarnowa. Z racji że był to poniedziałek i tak wiele atrakcji zobaczyliśmy jedynie z zewnątrz ale po kolei.

Gdzieś koło 8.00 zdobyliśmy zamek Tropsztyn w miejscowości Wytrzyszczka i mimo że wyjątkowo był on otwierany i w poniedziałki, to jednak dopiero o godzinie 9.00, a na godzinną pauzę my nie mieliśmy czasu.

Dalej Czchów – tutaj niestety klątwa poniedziałku…zamknięte. Chwilę później zrobiliśmy zakupy w biedrze i zjedliśmy śniadanie. Z racji że droga biegła nadal główną bardzo ruchliwą trasą, pełną ciężarówek, tempo było nakierowane by się z niej jak najszybciej ewakuować. Przed miejscowości Zakliczyn zboczyliśmy jeszcze jedynie by zaliczyć zamek, a raczej ruinki zamku Melsztyn. Ładną pieczęć uzyskaliśmy w restauracji „Na podzamczu”, zlokalizowaną przy głównej drodze u jego podnóża. Górka do ruin, której długość zmieniła się drastycznie z 1,8km do 600m, była tak stroma, że Stefan mając na uwadze odległość pozostałą do mety, odpuścił. Ja natomiast zaliczyłem ruinki ledwo łapiąc oddech. Po dojeździe do Zakliczyna zobaczyliśmy za mostem że jakieś prace przy budowie szlaku postępują w kierunku jeziora Rożnowskiego, jednak nie wiemy ile tego mogło być kilometrów, no i na razie niema jeszcze nawierzchni asfaltowej.

Pozostało wrócić na drogę i dalej szybkim tempem gnać w stronę Tarnowa. Na gotowy już odcinek Velo Dunajec wjechaliśmy dopiero na naszym 50 kilometrze, przed Tarnowem, w Ostrowie. Tam też zrobiliśmy przerwę na spotkanie z Ryśkiem i bardzo dobry, a przy tym niedrogi obiad w restauracji Rajtek, którą serdecznie polecamy. Po około 1,5 godziny pogaduch i odpoczynku wrócili my w towarzystwie Ryśka na szlak, którym w trzyosobowym teamie przejechaliśmy kilka kilometrów, jednak następna miejscowość była już na tyle odległa że dla znajomego Stefana było już za późno na dalszą jazdę. Tak więc po pożegnaniu już sami ruszyliśmy dalej.

Po kolejnej niepełnej godzince i kilkunastu kilometrach, stwierdziliśmy że „lampa” jest tak dokuczliwa że zrobimy pauzę na pobliskim MOR-ze, czyli miejscu spoczynkowym rowerzystów w miejscowości Glów, parę kilometrów przed Żabnem. Z racji że zostało nam jeszcze aż ze 40km, ale samej ścieżki bez kontaktu z ruchem samochodowym, ja jeszcze skoczyłem do położonego 3km dalej sklepu w Biskupicach Radławskich po coś do uzupełnienia płynów.

Po ten przerwie, zapał do dalszej jazdy nie był największy, w końcu mieliśmy już koło 70km tego dnia i sporo ponad 300km całej trasy, jednak z racji że do 19-19.30 chcieliśmy się zameldować na miejscu noclegu w Kopaczach wielkich, trzeba było się zmobilizować. Trasa bardzo bezpieczna, super jakości, dobra oznakowania – nic tylko włączyć autopilot i w drogę.

Finisz dla Taty przy około 110km tego dnia został osiągnięty parę minut po 19, a mnie z racji że do sklepu było jeszcze 3-4km pozostało jeszcze kilkanaście minut. Finisz przy 120km, do sklepu zdążyłem 10minut przed jego zamknięciem.

Jakieś 1,5 godziny po meldunku rozpętała się dość duża burza i lało całą noc. „Myśliwską Strzechę”, jak nazywało się miejsce naszego noclegu, będące takim domem weselnym z restauracji i ciekawie urządzonym ogrodem i mini zoo zwiedziliśmy dopiero rankiem.

Dzień 5 i ostatni

Po bardzo ulewnej nocce, ostatni dzień zmagań z WTR-ką postanowiliśmy rozpocząć na spokojnie – po godzinie 8 rano. Przed startem zwiedziliśmy jeszcze wspomniane małe zoo na terenie agroturystyki, w której spaliśmy. Po sesji zdjęciowej z młodym „Bambi” i z frontem „Myśliwskiej strzechy wyruszyliśmy w stronę Niepołomic. Pierwsze 30km, zmęczonym nogom strasznie się ciągnął, a do tego stale pokapywało. Pierwsza przerwa w miejscowości Grobla, przy stadionie tutejszej Wisły pozwoliła nam przeczekać troszkę mocniejszy letni deszczyk. Dopiero po dojeździe do Niepołomic wyraźnie się rozjaśniło. Na miejscu oczywiście odwiedziliśmy zamek by zrobić foto i pieczątkę. Jako że była już odpowiednia pora, zaliczyliśmy i obiad. Minimum zostało osiągnięte, za 2km można by było wsiąść w Staniętach do pociągu.

Jednak jako że pora jeszcze wczesna, a wg drogowskazów do Krakowa miało być tylko 16km, postanowiliśmy jednak dociągnąć do Krakowa, by zamknąć niezbadany odcinek WTR-ki do końca. Wprawdzie z 16, do centrum, a właściwie do dworca PKP zrobiło się dwa razy tyle kilometrów, ale i tak Kraków osiągnęliśmy do około 17.

Na miejscu najpierw sesja pod Wawelem, a następnie do dworca po bilety na „Karolinkę” na 21:03. Kupno biletów i kawy w „Galerii Krakowskiej” odradzamy każdemu…razem pochłonęło nam to prawie 1,5 godziny. Mimo to wróciliśmy jeszcze pod Sukiennice by wieczorem trochę pooglądać centrum miasta. Pociąg był punktualny, więc powrót do Łazisk nastąpił planowo koło 23.30.

Podróż mega udana. Przebieg Stefana lekko ponad 400 kilometrów, mój koło 450 (premie za jazdę po prowiant i czasem na jakiś zamek;-)) Koszta około 400zł na głowę – w tym średnio pociąg koło 50zł razem + 20zł na kolej na Gubałówka, noclegi 180zł, obiady koło 75zł, inne jodło i napoje to reszta plus jeszcze kilka złotych na souveniry. Obyło się bez „pany” i innych awarii.

Rowerowa Rajza Andrzeja  Żory Suszec Łąka – 11.08.2019

11.08.2019 nasz kolega Andrzej wybrał się w niedziele na wycieczkę rowerową robiąc pętelkę z Łazisk Górnych na Żory potem Suszec Łąkę i do Łazisk Górnych. Miło przy tym spędzając aktywnie czas.

Rowerowa Rajza Andrzeja Borowa Wieś i Chudów – 9.08.2019

W piątkowy poranek kolega Andrzej pojechał odwiedzić kościółek na Borowej Wsi, a potem na Chudowie w okolice zamku.

 

 

Rowerowa Rajza Andrzeja Bełk i Palowice – 8.08.2019

W czwartek kolega Andrzej wybrał się z dwójką znajomych na rowerową wycieczkę do Bełku i Palowic. Przejeżdżając przez Czerwionkę – Leszczyny napotyka miejsce w którym stało pełno zniczy, to tutaj podczas Tour de Pologne 5.08.2019 poważnemu wypadkowi uległ belgijski kolarz Bjorg Lambrecht, który później zmarł w szpitalu. Po chwili zadumy w owym miejscu pojechał z kolegami na Palowickie Pojezierze.