Lipiec

Camp Josef Dubniany – rajza na Morawy 18-21.07.2019

Tegoroczna wyprawa na Morawy zaimprowizowana przy okazji dwudniowego eventu muzyki techno w Dubňanach rozpoczęła się koło 4.15 rano od wyprawy na dworzec kolejowy Łaziska Brada. Stamtąd pociąg zabrał mnie do przygranicznego Bohumina, z którego podobnie jak przed dwoma laty w liczniejszym składzie startowaliśmy na Wiedeń.

Start z Bohumin Nadrazi, po półtoragodzinnej przejażdżce Kolejami Śląskimi, nastąpił około 6.15. Znanymi już cyklostežkami Ostrawy, między innymi przez dzielnice Koblov i Svinov do Polanki nad Odrą. Tam krótka przerwa na śniadanie i dalej do Studenki (tym razem też odwiedziłem niewielki zamek, jednak nie ten w którym znajduje się Muzeum kolejnictwa (Vagonarske muzeum), a Zamek Nova Horka).

Dalej Bartošovice i kolejny pałacyk oraz zamek w Kuninie, w którym byłem już przy okazji poprzedniej wyprawy. W Kuninie standardowo przerwa na uzupełnienie płynów (Jeżek musiał być!) i pierwszą „razitke” tego dnia. Następnie szybki przejazd do Novego Jicina, kolejne pieczątki i souveniry w Centrum Informacji Turystycznej.

Koło godziny 12-tej trafiłem na mój ulubiony odcinek w okolicach Jicina, a więc 10km odcinek wspaniałej ścieżki rowerowej do Hostašovic, która mimo że pod lekką górkę biegnie po tak równym asfalcie i w odseparowaniu od hałasu samochodowego, że niemal w ogóle nie odczuwa się wysiłku. W Hostašovicach – gdzie zakładałem półmetek trasy – już tradycyjnie „nektar rowerzystów” i przy okazji „fazolková” na obiad. Po półgodzinnej przerwie wyruszyłem, już z górki, do Valašské Meziȓĭči (Kolejna razitka, souveniry).

Od około setnego kilometra, niestety musiałem zacząć się wspinać w kierunku Bystrzyc pod Hostynem. Po jakichś 20-30km pagórków i słońcu, które oczywiście miało kiedy się pojawić, a także jednemu zaskakującemu objazdowi, udało się w końcu dojechać do Holesova. Tam powtórka z sesji zdjęciowej pod zamkiem, pieczątka i chwila wytchnienia „po płaskim”.

Krótka chwila bo już po paru kilometrach trzeba było zaliczyć mocno zróżnicowany teren (zwłaszcza Miskovice dały się we znaki). Osiągnięcie Otrokovic, w których natychmiast opanowałem „Billę” i 1,5l wody zniknęło w 2 minuty do godziny 16.15, podbudowało nieco morale bo został jeszcze tylko wprawdzie 30-40 kilometrowy ale płaski i z dala od samochodów odcinek wzdłuż kanału Batuv. Trasa urokliwa zwłaszcza od Napajedli do Uherskich Mezerici. Potem trochę kombinowania jak skrócić dojazd do mety, a więc Ostrozkiej Nowej Wsi by zdążyć do 19 na meldunek. Przejazd jeszcze min. obok Muzeum Lotnictwa i meta pierwszego etapu na 170km o godzinie 18.51…Uff.

Day 2..

Po nocce przespanej na urokliwym polu namiotowym, otoczonym z jednej strony ruchliwą drogą, a z drugiej „czeskimi drahami”, co przy moim zmęczeniu w ogóle nie przeszkadzało, wstałem dopiero o 9-tej. Tego dnia jednak miało być rekreacyjnie jakieś 30-40km do celu, więc nic mnie nie goniło.

Wystartowałem koło 10.30, początkowo znanym już szlakiem nadal wzdłuż kanału Batuv. Jednak po dojeździe do następnego miasteczka, a więc Uherskiego Ostroha (zamek i razitka odhaczone), aby skierować się do Dubnanów musiałem odbić w prawo od kanału, dość kiepską i ruchliwą drogą numer 55. Na szczęście z nieba (super ścieżki) do piekła (wspomniana droga 55) trwało tylko ze 2-3 kilometry. Dalej, już bocznymi drogami wzdłuż winnego szlaku rowerowego Moraw, jechało się już w spokoju od ruchu samochodowego,  więc dużo przyjemniej. Po dojeździe do miejscowości Beznec, oczarował mnie drugi tego dnia zamek. Gdyby był lepiej zadbany, wg mnie mógłby spokojnie rywalizować z naszą Moszną. Poza nim nad miejscowością górowała jeszcze malowniczo usadowiona Kapliczka św. Floriana i Sebastiana.

Z Beznca – min. przez Vracov – udałem się do Milotic, gdzie napotkałem jeszcze piękniejszy, świetnie zachowany zamek/pałac. Po zrobieniu paru kolejnych fotek, razitki i zakupie souvenirów, w dobrym nastroju pomknąłem dalej. Jak się później okazało, mój nastrój szybko się ulotnił, ponieważ (albo na szczęście tylko tam) przy kasie biletowej przy robieniu pieczątek, zgubiłem wszystkie bilety na koncert, pole namiotowe oraz powrotne na pociąg do Bohumina. Jak wspomniałem szczęście w nieszczęściu, bo było to tylko jakieś 15km ekstra tego dnia i jako ostatni zwiedzający przed zamknięciem wspomnianego zamku (było 17.05 i obsługa właśnie wychodziła) – wpadłem, odzyskałem fanty leżące tam gdzie je zostawiłem i mogłem padnięty wracać na szlak.

Znając już ten odcinek drogi, bo brak biletów dostrzegłem dopiero na finiszu, postanowiłem jeszcze podnieść masę roweru i zrobić zakupy (książkę wraz z Kofolą:D, trzy gazety, wodę i coś na kolację – razem jakieś 5kg;-)). Poza tym wstąpiłem i na późny obiad.

Drugie pokonywanie tego dnia szczytu „ku Josefovi” poszło całkiem sprawnie i koło 19 nareszcie zameldowałem się na Camp Josef w Dubňanach (dystans wydłużył się do około 50 kilometrów).

Gazety poszły od razu w ruch i nim rozbiłem namiot oraz napompowałem materac, zostały tylko okładki;-). Później szybka przebiórka, sprychowanie (czyli prysznic za dodatkowe 50kC) i można było z drinkiem w dłoni zwiedzać parkiety przy dwóch scenach postawionych specjalnie na to wydarzenie. Dotrwałem jednak tylko do północy i prawdopodobnie z wyrazem twarzy „ala Nysa” padłem w namiocie.

Dzień 3..

O dziwo…lekko „chory”, ale dość wyspany, w rowerowe podboje wyruszyłem późno ale zwarto po godzinie 12-tej.

Z Dubnanów do przygranicznego Hodonina miałem około 9km (większość po ścieżkach). Tam, mimo soboty zdążyłem odwiedzić przed trzema laty napotkane zakamarki (nawet ten gdzie Marek robił pana) i centrum informacji (razitka i kolejny dzwonek opanowane). Następnie supermarket „Penny” gdzie skonsumowałem śniadanie i (super na kaca) litrowy soczek-nektar z plumami;] (nazwijmy to pomarańczowy niefiltrowany:D).

Dalej, niestety główną drogą i w pełnej „lampie” 24 kilometry do Breclavu. Czemu tam..skoro tam juz byłem. A no po pierwsze by zweryfikować odległość i sprawdzić dworzec przed niedzielną kolejową drogą powrotną, a po drugie by powspominać i pozwiedzać ponownie to wspaniałe miasto będące początkiem valticko-lednickiego arealu – raju dla rowerowych zwiedzaczy zabytków architektury:D. Zaliczyłem ponownie, a może po raz pierwszy hrad Breclav…przy okazji „uzupełnienie płynów” w Cyklosferze i festyn pod zamkiem. Dalej miały być Lednice, ale pobłądziłem i zobaczyłem jedynie ciekawy, nowoczesny most kolejowy.

Po powrocie do Breclavu wstąpiłem jeszcze na „tradycyjny” czeski obiad…czyli Kebab i trzeba było gnać na Camp Josef…by tym razem więcej zobaczyć i się pobawić na gwiazdach wieczoru. W Hodoninie jeszcze małe zakupy, czytanka w knajpie z megawyborem pivka;D i koło 20 zameldowałem się z powrotem w Dubňanach (rundka koło 80km). Po prysznicu, mimo dużego zmęczenia zacząłem „bal”…i wytrwałem!! Alan Walker dał popis od 2.30 do 4.30…a i poprzedni wystep (dj….Brooks) też wprowadził wszystkich w dobry nastrój. Imprezę zakończyłem o dziwo w dobrej formie o 4.30. Było wspaniale…kto wie może za rok…:D

 

Dzień 4…ostatki;/

Po bardzo udanej pobudce koło 9-9.30 trzeba było się pogodzić że to fajrant…spakować dobytek i w drogę;/

Konkretny start nastąpił koło 10.15, co i tak było punktualniejsze niż zakładałem w sobotę.

Ponowny przejazd na Hodonin i Breclav nie sprawił wielkiego problemu, bo słońce tego przedpołudnia odpoczywało nad grubą warstwą chmur. W Breclavie chyba na powitanie owe chmury lekko mnie zlały więc gdy tylko było to możliwe wstąpiłem do marketu, na szczęście, otwartego jak co niedzielę w Czechach:D po śniadanie (znowu wspomniany niefiltrowany soczek i smaczne drożdżówki). Do odjazdu pociągu miałem jeszcze jakieś 6 godzin więc żwawo ruszyłem do Lednic pod w moim pojęciu najpiękniejszy na Morawach pałac. Pogoda im bliżej celu była coraz lepsza, a po drodze przypadkiem zaliczyłem jeszcze inną budowlę, a więc świątynie Apolla (a w niej od razu 4 razitki..z owej świątyni, z „Tri Gracie”, minaretu i kolonady). W parku przy pałacu Lednice, już w pełni wyszło słońce, chociaż co kilkanaście minut jeszcze pokapywało. Po sesji foto, zrobieniu pamiątkowej pieczęci i zakupie souvenirów, tym razem na spokojnie pozwiedzałem cały rozległy teren parku, oglądając różne dziwa natury jak i architektury.

W drodze do minaretu, miałem możliwość zobaczyć drzewa takie jak dęby czy platany, których średnica pnia niejednokrotnie przekraczała długość roweru, a więc grubo ponad metr. Można było też zrobić sobie selfi z okazałym łabędziem. Jako że minaret jest położony na drugim końcu zbiornika wodnego ciągnącego się od pałacu Lednice, obojętne którą ścieżkę nie wybrać trzeba było pokonać około 1,5km na nogach, bo w parku tym obowiązuje zakaz jazdy na rowerze, a że kolejna architektoniczna atrakcja, czyli Januv Hrad leżała w innym kierunku to już miałem z buta 3km.

 Do zamku było jeszcze kilka kolejnych, ale tam już łamiąc się z tym prowadzeniem roweru podjechałem. Po fotkach i razitce w Januv Hradzie udałem się wzdłuż Starej Dyje pod zamek Breclav by podelektować się ostatnimi chwilami w tym mieście przy zacnym lokalnym piwku. Do tego stopnia że mimo błogiego stanu trzeba było pędem jechać na pociąg, a kebaba zjadłem już dosłownie podczas jazdy.

Pociąg przyjechał punktualnie 17.21. Na dworcu spotkałem miłą Panią rowerzystkę, nauczycielkę biologii, która pomogła mi z załadunkiem roweru, a nawet obiecała pomóc w zorientowaniu się na dworcu w Prerovie, do którego ona też jechała, a w którym ja miałem przesiadkę.

W Prerovie miałem prawie godzinkę pauzy, jednak czas tak szybko zleciał że zdążyłem tylko zajechać na rynek, zrobić 3-4 fotki i powrót. Tutaj pociąg miał tylko ze 3 minuty spóźnienia, jednak warunki załadunku i jazdy raczej gorsze. Ale cóż, najważniejsze że się udało i już koło 21 zameldowałem się w Bohuminie. Tam chciałem już mimo zmroku wracać na rowerze, jednak w związku za alarmami pogodowymi (miały być a nie było – burze, grad, etc.) zdecydowałem się tylko skoczyć na polską stronę do Chałupek (bo i tak miałem godzinkę czasu a po co płacić za przejściówkę między krajami). Po drodze jeszcze ostatni czeski…”Radek” i do zuga. W Łaziskach zameldowałem się koło 23.10. Przejazd za16,90 ale warunki tak jak na początku wędrówki bardzo przyjemne.

Cała wyprawa w liczbach to jakieś 200zł koncert, 70zł noclegi, 100zł pociągi, około 50zł na souveniry i jakieś 250zł na jedzenie i picie (całość 670zł), około 400km na rowerze, odwiedzone kilkanaście atrakcji turystycznych, w tym  jakieś 7-8 zamków. Mimo zmęczenia, bardzo udany, w 100% spełniony wypad. Na pewno jeszcze niejednokrotnie tam wrócę. Polecam. Józek

Pławniowice – rowerowa rajza z Andrzejem – 24.07.2019

W  środowy poranek kolega Andrzej wybrał się z z 5 kolegami do Pławniowic nad jezioro gdzie odwiedził wypoczywającego Adika wraz z żonką na ogródkach działkowych.  W promieniach sierpniowego słońca przejechali 105 km.

65 Urodziny Andrzeja na Babiej Górze – 20.07.2019

W dniu 20.07.2019 kolega z naszego Klubu Turystyki Rowerowej „Mikoło” Andrzej Rygulski – który jest pasjonatem gór i przodownikiem turystyki górskiej, działający przy O/PTTK w Mikołowie, postanowił obchodzić swoje 65 urodziny w górach. Z tej okazji zorganizował wyjazd dla gości i rodziny w Beskid Żywiecki na Królową Polskich Beskidów – Babią Górę 1725 m n.p.m.

Przygoda Andrzeja z Babią Górą zaczęła się 16.10.1977 r, gdzie po raz pierwszy na nią wszedł i tak się w niej zakochał, że postanowił być na niej jak najczęściej, a każde wejście dokumentował w swoich kronikach.

Dzieląc się swoją górską pasją i miłością do tej góry zaczął organizować wycieczki z O/PTTK w Mikołowie.  I tak co roku od 6.07.1984 r. organizował Nocne Wejścia na Babią Górę ze wschodem słońca.  Stałą datą Nocnych Rajdów była ostatnia sobota czerwca, okolice daty urodzin Andrzeja czyli 30.06.  Na początku nocne wejścia  prowadził czerwonym szlakiem od przełęczy Krowiarki przez Sokolicę, a dopiero od 2006 r zaczął również prowadzić grupy przez Perć Akademików,  gdzie przewyższenia było 715 m. Nocne Rajdy nie zawsze owocowały wschodami, gdyż góra jest bardzo kapryśna, a pogoda może się zmienić w przeciągu kilku minut, lecz uczestnicy nie poddają się i dalej próbują trafić na piękny wschód słońca. Na 35 lat prowadzenia wycieczek udało się zobaczyć wschód słońca 17 razy.

Ze Slanej Vody na Słowacji, zaczął prowadzić wycieczki   od 11.11.2000 r. to było 22 wejściena Babią Górę, gdzie przewyższenie wynosiło 1000 m i jak do tej pory wycieczka 11.11. jest cyklicznym wydarzeniem w kalendarzu mikołowskiego PTTK-u.

Zaś pomysł na odprawianie urodzin na Babiej Górze zrodził się w dniu 50 – tych urodzin, gdzie od Slanej Vody 30.06.2004 r. wprowadził 12 gości.

W dniu  60 – tych urodzin 30.06.2014 r. Babia Góra nie pozwoliła wejść na szczyt, gdyż bardzo mocno lało, więc poprowadził 46 gości do Schroniska na Markowych Szczawinach i tam ich ugościł.

Jednak 65 urodziny miały być szczególne. Gdyż zaproszeni goście i rodzina, którzy razem z nim podjęli trud wspinaczki,  uczcili również przypadające w tym dniu 100 wejście na Babią Górę. Na sukces 100 wejścia przyczyniło się m.in 35 lat prowadzenia wycieczek z PTTK jak i wycieczki indywidualne. W tym dniu Królowa Beskidów była bardzo łaskawa i pozwoliła wszystkim przy dobrej pogodzie zdobyć szczyt. Na szczycie uczciliśmy dzisiejsze wydarzenie szampanem.  Do tej pory nasz solenizant Andrzej wprowadził na Babią Górę 2500 turystów.

Po zejściu na Przełęcz Krowiarki kierowca zawiózł gości do Zawoi Policzne, gdzie rozpalono ognisko i Andrzej z rodziną przygotował poczęstunek dla gości. Również goście obdarowali solenizanta upominkami, m.in. obrazy z motywem gór i jego ukochanej Babiej Góry, oraz małe co nieco. W iście szampańskich nastrojach wróciliśmy w godzinach wieczornych do domów.